„Naprawdę warto!”


„Kościół nie może przekroczyć progu nowego tysiąclecia, nie przynaglając swoich dzieci do oczyszczenia się przez pokutę z błędów, niewierności, niekonsekwencji i zaniedbań. Uznanie słabości dnia wczorajszego... pobudza czujność i gotowość do stawienia czoła dzisiejszym pokusom i trudnościom” (Jan Paweł II, Tertio Millenio Adveniente 33).

Dla ilustracji zamieszczam poniżej pierwszy rozdział książki oraz jeden z rozdziałów cyklu zatytułowanego „Grzechy końca wieku”.


Poznaj siebie

Pierwsze słowa Jezusowego orędzia to wołanie „NAWRACAJCIE SIĘ!” Albo inaczej przekładając grecki oryginał: „ODMIEŃCIE SIEBIE!” Czyż można mówić, a nawet myśleć o pojednaniu – z kimkolwiek – nie odmieniając siebie? A czy można odmienić siebie, nie znając siebie? Właśnie dlatego przyjęcie sakramentu pokuty zwanego też sakramentem pojednania wymaga najpierw przypatrzenia się samemu sobie. Formuła katechizmowa nazywa to rachunkiem sumienia. Jak to robić? Często, spokojnie, podejrzliwie, pozytywnie.

Często – nawet codziennie, gdy kończy się dzień, można podsumować swoje „ma” i „winien”. Zasługi i zaniedbania. Dobro i zło czynów, słów i myśli. Gdy przychodzi czas dokładniejszego obrachunku z samym sobą, ten codzienny, półminutowy bilans jest jak znalazł. A co najmniej nie dziwi człowieka pytanie o dobro i zło stawiane samemu sobie. A przecież każdemu z nas postawi je kiedyś sam Bóg.

Spokojnie – bez pośpiechu, w ciszy. Ale też w spokoju ducha, bez lęku, że zobaczę w sobie diabła. Spokojnie, bo z ufnością w potęgę dobra – mimo słabości i grzeszności człowieka.

Podejrzliwie – wrodzony każdemu człowiekowi mechanizm różowych okularów powoduje zawsze małe, a nieraz i duże zafałszowanie obrazu swego życia. Dlatego konieczna jest szczypta podejrzliwości wobec samego siebie.

Pozytywnie – dokonując obrachunku ze swoim sumieniem, człowiek siłą rzeczy zwraca uwagę na zło tkwiące w nim samym. Bo w istocie chodzi o usunięcie i przezwyciężenie tego zła. Ale prawda o nas – to przede wszystkim dobro. Warto więc w rachunku sumienia dokonać także podsumowania czynów, słów, zamiarów dobrych. Z jednej strony ostrzej widać wtedy zło grzechu, z drugiej strony rodzi się i wdzięczność, i nadzieja, i potrzeba oczyszczenia swego życia a także otaczającego nas świata.

Rachunek sumienia dokonywany jest często z pomocą modlitewnika, gdzie drukowane są schematy tego obrachunku. Z jednej strony są one przydatne i potrzebne. Są taką „ściągą”, która pomaga przypomnieć sobie wiele spraw, wiele wymagań moralnych, o których łatwo zapominamy. Ale z drugiej strony gotowe „rachunki sumienia” niosą ze sobą pewne niebezpieczeństwo. A to dlatego, że żaden, najlepszy nawet schemat nie może być pełnym odzwierciedleniem życia. Schemat rachunku sumienia ułożony przez kogoś innego, bywa, że i dawno temu, może rozmijać się z wieloma aktualnymi problemami. Dlatego, choć traktujemy te książeczkowe pomoce z uwagą i szacunkiem, żadna z nich nie zastąpi osobistego wysiłku i refleksji. Książka, którą trzymasz w ręce zawiera cztery różne, wzajemnie uzupełniające się „rachunki sumienia”. Żaden nie jest kompletnym wykazem grzechów. Każdy może się stać pomocą osobistej refleksji.

Dokonując obrachunku sumienia zwykliśmy „liczyć”, dosłownie, grzechy. Nie zawsze jest to możliwe i potrzebne. Potrzebne jest w materii grzechów ciężkich – a więc spraw wielkich i ważnych. W materii grzechów lekkich lepiej jest obserwować „dynamikę” życia. Innymi słowy: czy jakiś problem, jakiś grzech, jakaś wada, jakaś słabość narasta i staje się coraz większym zagrożeniem – czy maleje, bądź pozostaje bez zmian. Taka obserwacja prowadzi wprost ku podejmowaniu konkretnych planów i postanowień. A przecież właśnie o to chodzi: by odmienić siebie.

Wszystko, co dotąd powiedziałem, mógłby powtórzyć jakikolwiek wychowawca, psycholog, czy guru. Jednak my, chrześcijanie mamy tu swój specyficzny punkt widzenia. Po pierwsze: dokonuję obrachunku swego sumienia po to, by stanąć przed Chrystusem i prosić o przebaczenie. Po drugie: przychodzę do Boga ze swymi słabościami w nadziei i przekonaniu, że jego łaska pomoże przezwyciężyć ludzką słabość. Dlatego rachunek sumienia jest dla nas pierwszym krokiem ku Bogu w sakramencie pokuty.

Przeczytaj z Ewangelii wg Łukasza przypowieść o ojcowskim miłosierdziu (Łk 15,11 - 32) starając się wyodrębnić w niej kolejne „kroki” marnotrawnego syna w drodze powrotu do ojca.

 

Pośpiech i powierzchowność

Kończący się wiek przyniósł niebywałe przy-spieszenie w każdej dziedzinie życia. Szybciej się podróżuje. Szybciej docierają wiadomości. Szybciej buduje się domy. Szybciej dojrzewają dzieci. Szybsze są samochody i komputery. Nawet staruszka Ziemia zda się szybciej obiegać Słońce. To nie jest ani źle, ani dobrze. Tak po prostu jest. Ale za to wszystko trzeba zapłacić. Nie tylko cenę zużywanej energii, ale i cenę ducha. A to może rodzić zło...

...w pracy. Czy można jakąś czynność wykonać szybciej? Można. Ale czy to znaczy lepiej? Pośpiech i powierzchowność idą w parze. Nie ma już dzieł – są sztuki. Dzieła były wypieszczone, były jak dzieci. Zaspieszonego pracownika nic nie wiąże z tym, co robi. Źle, jeśli to jest produkcja gwoździ. Ale jeśli to szpital lub szkoła? Jeśli to nawet zwykła kasa biletowa? Każdy klient, każdy chory, każdy uczeń staje się zawadą, przeszkadza w pośpiechu. Czy nie śpieszysz się bardziej niż trzeba?

...w szkole. O uczniach myślę. O tych z podstawówki i ogólniaka, ale też o tych z uniwersytetu. Śpieszysz się. Trudno się dziwić. Szkoła i nauka absorbują coraz bardziej, a i dla siebie przydałoby się trochę czasu. Śpieszysz się więc i uczysz „po łebkach”. Byle do kartkówki, byle do kolejnego zaliczenia. Za tydzień nie pamiętasz nawet połowy. Czy warto było? Czy warto dać się ponieść fali pośpiechu, który cię rzuca w objęcia powierzchowności? Jak możesz zwolnić to ogłupiające tempo? Czy przynajmniej zastanawiałeś się nad tym?

...w rodzinie. Najpierw poranny pośpiech: do pracy, do szkoły. Nie ma czasu na czułe pożegnanie, nawet „do widzenia” trwa za długo. Zostaje jakieś bezbarwne „cześć”. Potem pośpiech przy obiedzie, bo każdy głodny. Ktoś nieśmiało próbuje zacząć rozmowę. „Jedz, nie gadaj. Nie ma czasu”. Dziecko z zeszytem: „Mamo pomóż mi...” Nie ma czasu, obiad na jutro. Tato z daleka woła: „Nie mam czasu!” Za chwilę mama prosi: „Powycieraj naczynia!” Dzieciak odpowiada tak, jak go nauczyło domowe życie: „Nie mam czasu!” Nikt dla nikogo nie ma czasu. Jeszcze rok, a będą się mijać jak hotelowi goście. Czy usiłowałeś zatrzymać to diabelskie koło pośpiechu i powierzchownej miłości?

...na modlitwie. Ile powinna trwać poranna lub wieczorna modlitwa? Nie ma żadnej reguły. A zagonione życie poddaje modlitwę presji pośpiechu. Najpierw pomijasz niektóre jej elementy. Potem słowa wypowiadasz coraz szybciej, treść zamazuje się, mówisz ale już nie wiesz co. Śpieszysz się dalej. Szept warg jest przeszkodą, bo spowalnia modlitwę. Wreszcie myśl przestaje nadążać za słowami. Za jakiś czas rzucisz pacierz całkiem, bo dawno przestał być modlitwą. Zabił ją pośpiech. Dobiła powierzchowność. Ile czasu zyskałeś w ciągu dnia? Pięć minut? Może mniej... Czy warto było?

...w tobie samym. Kręgosłup boli, warto by z rana kilka ćwiczeń. Nie ma czasu. Śniadanie by zjeść – śpieszysz się, zjesz na przerwie. Oczy pieką, trzeba by do okulisty. Ale tam zawsze kolejka. Zaoszczędzony czas i tak oddasz z nawiązką, gdy trafisz do szpitala. Warto było? Ale nie tylko to – trzeba by przecież zaglądnąć w swe wnętrze, pomyśleć nad swoim sumieniem. Choćby przy spowiedzi. W dwóch minutach takiego niby rachunku sumienia zamknąłeś kilka miesięcy zagonionego żtycia. Co ty wiesz o sobie? Nic. Mniej niż ci, którzy cię obserwują. Ich uwagi potrafią zaboleć, bo są prawdziwe. Przeczuwasz to, ale tak się śpieszysz, tak powierzchownie żyjesz, że już nic na to nie możesz poradzić.

Grzech? Nie zawsze. Ale na pewno wspaniała pożywka dla wszelakiego rodzaju zła, które nas niszczy.