Tomasz  Horak

»Portret chrześcijanina«

to tytuł mojej rubryki sprzed kilku lat
na opolskich stronach
Gościa Niedzielnego.
Sto rozproszonych tekstów
ukazało się nakładem
Wydawnictwa św. Krzyża w Opolu
w wydaniu książkowym (224 strony formatu 11x20 cm).


Ewangelia jest jak zwierciadło.
Oprawione w ramkę można zawiesić na ścianie,
każdego dnia podejśc, popatrzyć
i zobaczyć swoje odbicie.
Niepokojące jest to, co zobaczysz.
Czasem ucieszysz się,
czasem przestraszysz samego siebie.
Książka, którą trzymasz w ręce,
jest takim zwierciadłem.
Możesz nawet wkleić swoje zdjęcie
w ramkę na okładce.
Mam nadzieję, że zobaczysz wtedy
portret chrześcijanina.

	Obok moja podobizna
	z ostatniej strony okładki.
	Ciągle nie jestem do końca pewien,
	czy to autentyczny portret chrześcijanina.

Autor


SŁOWO WSTĘPNE
ARCYBISKUPA OPOLSKIEGO

Z radością biorę do ręki kolejną książkę ks. Tomasza. Od lat jest on znany czytelnikom »Gościa Niedzielnego«, a na stronach opolskich nie jest gościem, bo towarzyszy nam co tydzień. Dobrze, że rozproszone w wielu numerach szkice »Portret chrześcijanina« zebrane zostały dzięki staraniu Wydawnictwa św. Krzyża w jedno. Te krótkie, wypływające z treści Ewangelii rozprawki mogą pomóc czytelnikom w refleksji nad naszym chrześcijańskim esse et agere – być i działać. Atutem ks. Tomasza jest jego zakorzenienie w codzienności życia i zarazem przygotowanie biblijne – zarówno naukowe, jak i duszpasterskie. Nieomal dziennikarska krótkość tekstów na pewno zyska i zjedna mu czytelników.

† Alfons Nossol
Arcybiskup Opolski

Poniżej trzy wybrane fragmenty Portretu chrześcijanina

7. Przychodzili ze swą bezradnością

I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał (Mt 4, 23-24).

Bardzo znamienna relacja. Prowokuje pytanie: Chrześcijanin – to kto? Czy ten, kto wiąże się z Chrystusem, nie oczekując żadnych korzyści? Górnolotnie bezinteresowny? Porwany wzniosłością Ewangelii? Pytam: czy takiemu słuchaczowi Jezus jest w ogóle potrzebny? Czy taki słuchacz nie zacznie Ewangelii poprawiać? Byli tacy i wiele zła narobili. Chcieli dostęp do Jezusa zarezerwować dla czystych i doskonałych. A przecież Jezus mówił: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,10-13). I tych grzeszników, ludzi prostych, bez wykształcenia i bez kindersztuby, ludzi doświadczonych ubóstwem i biedą upodlonych, ludzi nie znających odpowiedzi na najprostsze pytania światopoglądowe czy etyczne – tych ludzi Jezus cierpliwie pouczał.

A oni – czy po naukę przychodzili? Przynoszono do Niego wszystkich cierpiących... – powiada ewangelista. Ci ludzie przychodzili ze swoim bólem, bezradnością, gruboskórnością, gwałtownością. Także z gorszącym nas pomieszaniem spraw: choroby, dolegliwości, opętania, epilepsja, paraliż... My, świadomi głębi wiary chrześcijanie poukładalibyśmy wszystko dokładnie, niektóre sprawy wstydliwie chowając do dolnej szuflady... Nie mów, że nie. Przecież tak czynimy z kategorią „opętania”. Zatem: Czy oni po naukę przychodzili? Nie. Przychodzili ze swoją ludzką bezradnością. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że przerasta ich także własna nieświadomość. Dopiero gdy Go słuchali, zaczynali dostrzegać ten swój brak i potrafili iść za Nim, zapominając nawet o głodzie (Mt 15,30nn).

Pytam jeszcze raz: Chrześcijanin to kto? Jednym z rysów portretu chrześcijanina jest właśnie to, że przychodzi do Chrystusa ze swoją ludzką bezradnością, która dotyczyć może tysiąca różnych dziedzin i zakamarków życia. Jeden będzie miał problemy z pogranicza filozofii i fizyki kwantowej, inny będzie uwikłany w grzeszny nałóg, do którego wstyd się przyznać. Jeszcze inny będzie ofiarą bezduszności biznesmenów lub urzędników, a jeszcze inny dotknięty dramatem nieuleczalnej choroby... Będą i tacy, których wielorakie zło będzie ścigać latami – raz jako nieustające poczucie winy, potem jako katastrofa rodzinnego życia, potem oglądanie ruiny życia własnych dzieci... Znam takich ludzi. Pytają wtedy: Czy Pan Bóg o mnie zapomniał? Czy zło jest mocniejsze od Boga? Ludzkie strzępy. Chrześcijanin to kto? To każdy, kto choć z cieniem ufności trwa przy Jezusie.

35. Miecz, ale nie wojna

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10, 34-37).

Jedno z bardziej niepokojących miejsc Ewangelii. I jedno z trudniejszych wymagań, jakie Jezus stawia swoim uczniom. I nawet jakby sprzeczność. Tu Jezus mówi: Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz... W czasie ostatniej wieczerzy powie: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam” (J 14,27). Chrześcijanin musi więc mieć te sprawy dobrze przemyślane. Wszystko sprowadza się do hierarchii ważności osób i wartościowania spraw w życiu. Na pierwszym miejscu Jezus stawia siebie. Nawet najbliżsi: ojciec i matka, syn czy córka nie mogą sobą przesłonić Jego osoby. Bo to On jest miarą dobra w ludzkim świecie. Jeśli ojciec i matka, syn bądź córka stoją po stronie dobra, po stronie wartości ewangelicznych, jeśli razem jesteśmy posłuszni wymaganiom stawianym przez Dobro Najwyższe – wtedy nie ma miejsca żaden konflikt. Wtedy nie istnieje nawet najmniejszy powód, by poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową.

Podstawą najgłębszego rozumienia wszelkiego dobra jest wiara w Boga. Ten problem widać gołym okiem. Jakże wielu ludzi walczy z Kościołem, z wiarą, z samym wreszcie Bogiem tylko dlatego, że stworzyli sobie własny system oceny dobra i zła. To doświadczenie uczy, że nie da się oddzielić wiary od moralności, a chrześcijanin nie może traktować stosunku do Jezusa (i w ogóle do Boga) w oderwaniu od powiązań międzyludzkich. Ktoś powie: Jezus jest zazdrosny. Jest. Tak o Bogu mówi się już w Starym Testamencie (np. Wj 20,5). Dlaczego? Bo dobro jest wyłączne. Nie można na dobro i zło patrzyć jakby były równoważnymi siłami. Jedno od drugiego musi być zdecydowanie oddzielone, co symbolizuje ów „miecz”, o którym mówi Jezus (por. Hbr 4,12). Dopiero wtedy, gdy ktoś odnajdzie wyrazistą granicę pomiędzy dobrem i złem, granicę nakreśloną przez Boga Stworzyciela, znajdzie pokój, o którym Jezus mówi: „Nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14,27). Nie jest łatwo być chrześcijaninem, bo trzeba umieć zdecydowanie trwać przy wartościach zapisanych w Ewangelii a zakorzenionych w Bogu. Trzeba o nie walczyć, nie krzywdząc innych (co byłoby zaprzeczeniem tych wartości). Wszystkich – nawet nieprzyjaciół – trzeba miłować, a przecież niektóre sprawy trzeba umieć przeciąć jak mieczem, nie wywołując wojny. Bo Jezus mówiąc o mieczu, ani słowem nie mówi o wojnie.

84. Nie tykajcie tego, co nieczyste

Przeto wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami – mówi Pan wszechmogący. Mając przeto takie obietnice, najmilsi, oczyśćmy się z wszelkich brudów ciała i ducha, dopełniając uświęcenia naszego w bojaźni Bożej (2 Kor 6, 17 – 7, 1).

Korynt – piękne greckie miasto. Apostoł pisze o brudzie ciała i ducha. Nie o śmieci chodzi. W Koryncie był to brud wystawionej na sprzedaż miłości ciał, a także brud kultu płodności. Cudowny dar Boga: zdolność dawania życia złączona w jedno z miłością serc i rozkoszą ciał został pozbawiony tego, co istotne. Nie służył życiu, nie służył prawdziwie ludzkiej miłości. Została kupowana chwila uciechy. A kult płodności był tylko karykaturą daru Stwórcy. Taki był Korynt sprzed dwóch tysięcy lat. Tak wiele z tego jest w naszym świecie. Miłość staje się przelotnym kaprysem. Służba życiu jest zawadą. Chwile uciechy można kupić. A i kupować nie trzeba, bo hasło „wolności” usprawiedliwia wszystko, także bezwstyd i seksualną swawolę.

W tym i w takim świecie chrześcijanin musi zostać sobą. Z pełną świadomością, że jest synem bądź córką Boga. Że dla Bożego dziecka wszystko jest święte i czyste, także miłość mężczyzny i kobiety, także jej cielesny wymiar. Ale właśnie dlatego chrześcijanin wie, że tę świętość święcie traktować trzeba. Że jeśli nie będzie wymagał od siebie i od innych szacunku dla życia, dla miłości, dla ciała – to sprzeniewierzy się jednemu z najwspanialszych darów Stwórcy. Nie tykajcie tego, co nieczyste – napomina Apostoł. Czyste tak łatwo można uczynić nieczystym. Nie zachowując ostrożności, nazbyt szybko można się zbrukać. Dlatego chrześcijanin sam ostrożny, chciałby innych ustrzec. Dlatego nie godzi się na pornografię. Dlatego chce wiedzieć, kto, czego i jak uczy jego dziecko w szkole. Dlatego nie jest mu obojętne, jakie filmy ogląda on i jego bliscy. Dlatego bacznie ocenia kolorowe czasopisma i pomaga w ich doborze dzieciom. Dlatego i ubiór stara się przywdziewać taki, który by raczej piękno podkreślał, niż tylko ciało eksponował. Nie jest łatwo chrześcijaninowi być takim. Tak było wtedy w Koryncie. Dziś jest tak samo.

Czasem zło bywa tak natrętne, takie perfidne, że wezwanie Apostoła staje się aktualne w całej dosłowności: Wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich! Zerwij z tym człowiekiem. Nie wiąż się z tym chłopakiem czy dziewczyną. Nie spotykaj się z gronem tych ludzi. Być może są oni chrześcijanami z metryki. Ale również być może odeszli już tak daleko od poczucia tego, co przyzwoite, co stosowne, co piękne i czyste, że przebywanie w ich towarzystwie przyniesie ci tylko szkodę.